Fyre Festival – impreza, która okazała się nieśmiesznym żartem

Czy można zorganizować imprezę, która nigdy nie dojdzie do skutku? Fyre Festival jest najlepszym przykładem na to, że takie rzeczy są możliwe. Choć dzisiaj mamy prima aprilis, to wszystko, co tutaj opiszemy, żartem nie jest, bo wydarzyło się naprawdę. Usiądź wygodnie i weź coś na uspokojenie – wyruszamy w podróż pełną absurdu i najgorszych możliwych wtop.

Wyobraź sobie, że  jedziesz na luksusowy festiwal. Taki dla elity, usytuowany na tajemniczej, bezludnej wyspie Pablo Escobara – Norman’s Cay – na której poczujesz się jak milion dolarów. Na miejsce lecisz ekskluzywnym odrzutowcem zapewnionym przez Fyre, a kiedy już uda ci się dotrzeć na wyspę, w pakiecie masz nocleg w nowoczesnej kapsule geodezyjnej. A jeśli jesteś cenionym influencerem lub pokusisz się o bilety VIP – najpierw obiecywano ekskluzywny namiot, a potem cały dom dla siebie! Co czeka cię na wyspie? High live z modelkami, najlepsze jedzenie od najlepszych szefów kuchni z całego świata, niezapomniane imprezy i wspaniały lineup koncertowy.

Prestiż i rozpusta, co z resztą sam widziałeś na video promocyjnym, na którym po plaży biegają topmodelki takie jak Gigi Hadid czy Emily Ratajkowsky i dobrze się bawią. Impreza-marzenie, najbardziej instagramowy event, jaki można sobie wymarzyć – bije na głowę Coachellę, musisz tam być.

Wizja tego, czego pragniesz

Zapewne zachęciłaby cię reklama. Bo to właśnie na nią wydano sporo. I wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że coś pójdzie nie tak. W końcu w promocję zaangażowała się cała masa światowej sławy modelek. Werbowały je ich własne agencje! Każda z nich na Instagramie udostępniała tego samego dnia pomarańczowy kwadrat z symbolem płomienia. Po kliknięciu w zdjęcie można było przejść do promocyjnego video, które prezentowało po prostu najlepszą imprezę świata. Sama Kendall Jenner dostała za jeden promocyjny post jakieś 250 tys. dolarów.

Impreza była owiana tajemnicą. Przedstawiono miejsce i wykonawców, a tak poza tym nikt nie miał pojęcia o jej szczegółach. Jednak zdjęcia i promocyjne materiały, które pojawiały się w sieci sprzedawały ludziom tak naprawdę to, co chcieliby przeżyć. 95% biletów wyprzedała się w ciągu 24 godzin od uruchomienia rejestracji! Idea była prosta – sprzedajemy ci to, co chcesz przeżyć.

Wyspa z Photoshopa

Okazało się, że plan z wyspą Norman’s Cay nie wypalił – firmie Fyre Media Inc zakazano w jakiejkolwiek reklamie wspominania o tym, że ta wyspa należała do Pablo Escobara. Twórcy i organizatorzy natomiast nie posłuchali tych wskazówek i umieścili informacje w już pierwszych tweetach, w związku z czym zostali wyrzuceni z wyspy. Musieli znaleźć coś innego – trafili na więc na kolejną bahamską wyspę Exuma. Ta w przeciwieństwie do Norman’s Cay nie była bezludna. Dlatego posunięto się do takiego kroku jak… usunięcie w Photoshopie domów na zdjęciu wyspy. Tak, to nie żart. Organizatorzy upozorowali na zdjęciu fakt, że na wyspie Exuma nikt nie mieszka. Co zostało następnie zdemaskowane na Twitterze przez jednego z byłych twórców festiwalu – w sieci ukazały się zdjęcia wyspy z lotu ptaka.

Oszust, za którym podążyły tłumy

Wszystko zaczęło się od Billy’ego McFarlanda. Mistrza czytania w myślach millenialsom! Za Billym podążyło wielu specjalistów, bo wierzyli w jego wizje. Był człowiekiem, który potrafił sprzedać dosłownie wszystko. Brylował w towarzystwie i w programach telewizyjnych, sprzedawał swoje nowe idee na biznes i werbował do swojego zespołu wielu znanych ludzi i cenionych ekspertów. To, co udało się osiągnąć Billy’emu to m. in. ekskluzywna karta płatnicza dla millenialsów, która miała różnić się od tych tradycyjnych nie tylko wyglądem, ale i funkcjonalnością. Jednak ten biznes okazał się przekrętem, który dość mocno wyszedł na jaw dopiero w momencie, w którym porażką okazał się festiwal Fyre. Do McFarlanda dołączył raper Ja Rule, z którym w drodze na Bahamy stwierdził, że warto byłoby wykreować taki festiwal na „najbardziej luksusowy na świecie”.

Czy ten projekt od początku był świadomym przekrętem mającym na celu wyłudzenie pieniędzy od uczestników? W końcu bilety kosztowały 500-1000 dolarów, a pakiety VIP oferujące nocleg i prywatny odrzutowiec sięgały aż 12 tysięcy za osobę! A może festiwal stał się po prostu zbyt wielkim marzeniem, które wymknęło się spod kontroli? Spekulacji jest wiele, jednak najistotniejszy jest jeden fakt – w pewnym momencie trzeba było przestać i zakończyć dalsze „życie marzeniami”. Billy jednak brnął w to dalej. I zabrnął w ślepy róg.

Kubeł zimnej wody

Problemy pojawiły się w momencie, gdy trzeba było zejść na ziemię i bajeczny festiwal z modelkami w roli głównej po prostu urzeczywistnić. W tym momencie organizatorzy mierzyli się z coraz bardziej absurdalnymi zadaniami. Po pierwsze – infrastuktura. Wyspa okazała się kompletnym niewypałem, jeśli chodzi o zaplanowanie jakiejkolwiek logistyki. Uczestników było aż kilka tysięcy. Zamiast myśleć o luksusie, trzeba było zaplanować takie rzeczy jak toalety czy transport odpadów biologicznych i śmieci. Padł nawet pomysł o transporcie jachtem osób, które przesadziły z alkoholem. Postawienie tysiąca toi toi-ów na wyspie było niemożliwe. Wszystko zaczynało się sypać, a McFarland nie godził się na żadne kompromisy.

Następnie zaczęły się także problemy z noclegami. Cała wizja od samego początku festiwalu ewoluowała kilkukrotnie, jednak ostatecznie poziom braku logiki przerósł wszystko. Głównym problemem była zbyt duża ilość uczestników festiwalu. W ofercie były ekskluzywne namioty stylizowane na apartamenty. Chwilę później, aby podbić rangę Fyre i tym samym przykryć szum, który gdzieś narastał wokół festiwlau, Billy zdecydował się… zaoferować influencerom i VIP-om całe domy! Jego współpracownicy ostrzegali go, aby zmniejszył ilość lub zwrócił ludziom pieniądze, bo to przerosło ich możliwości. McFarland natomiast brnął w to dalej kompletnie nie licząc się z realiami. Co się stało finalnie? Mieszkańcy wyspy zostali poproszeni za udostępnienie swoich domów. Za opłatą. Z czym również pojawił się problem.

Organizatorzy zjadali swój własny ogon sugerując się niezbytymi argumentami McFarlanda. Próbowali ratować imprezę wszystkimi środkami, jednak trudno jest cokolwiek wyłuskać, kiedy niemal cały budżet został utopiony w reklamie. I obietnicach. I zbędnych inwestycjach. Oferowano coraz więcej namiotów i więcej domów, których fizycznie nie było na wyspie i nawet nie byłyby w stanie się na niej zmieścić. Zamiast ekskluzywnych namiotów z pięknym wnętrzem na wyspie stały… namioty, które pozostały po huraganie! Z materacami w środku. I to by było na tyle.

Dodatkowo wielu artystów, którzy mieli wystąpić na festiwalu miało dość wysokie oczekiwania co do nagłośnienia, świateł i sceny. Czego oczywiście organizatorzy nie byli w stanie zagwarantować.

Halo, bez odbioru!

Przed festiwalem ludzie zasypywali organizatorów pytaniami o lot, nocleg i szczegóły wydarzenia. Nic nie zostało dostarczone, w związku z czym ludzie rozsyłali negatywne komentarze w sieci. Ludzie, którzy mieli dotrzeć na miejsce festiwalu nie mieliby zagwarantowanych noclegów, wody, jedzenia i powrotnego lotu! Na miejsce miał dowieźć ich autobus przypominający… szkolny autobus. Same warunki były polowe i z luksusem nie miały nic wspólnego. McFarland obstawiał przy tym, aby festiwal się odbył. Choć wszyscy dookoła odradzali mu tą inicjatywę, dla dobra ich własnych finansów i reputacji. Jednak Billy był tak zdesperowany finansowo, że musiał dopiąć swego. Wiedział, że jeśli nie spłaci inwestorów, będzie miał kłopoty. Jednak największe kłopoty dopiero go czekały.

Ludzie, którzy jeszcze jakimś cudem przy nim zostali, stawali na głowie, żeby dopiąć festiwal na ostatni guzik. Albo raczej – żeby uniknąć jeszcze większej wtopy, niż ta, która była zagwarantowana.

12 tysięcy dolarów za survival i kanapkę z serem

Samoloty zorganizowane na ostatnią chwilę. Relacje influencerów. Najniższa jakość lotu. Potem „autobusy śmierci”, które wiozły ludzi na miejsce. A samo miejsce wyglądało, jak obóz zagłady. Wielkie namiotowisko bez jakichkolwiek innych atrakcji, realny widok w żadnym stopniu nie przypominał tego, co obiecywały piękne reklamowe zdjęcia na stronie www. Ale najgorsze było to, co ludzie zastali na miejscu. Ulewa zniszczyła materace, ludzie więc zaczęli zachowywać się… dość dziko. Toczyli wojnę o wodę, o materace, część z nich poszła imprezować, żeby nie myśleć o tym, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdują. Wszyscy ci, którzy nie pojechali na ten festiwal odetchnęli z ulgą, kiedy zobaczyli w internecie relację z obozu przetrwania, albo ludzi koczujących na lotnisku. Na miejscu brakowało podstawowych rzeczy, potem zaczynało także brakować wody i jedzenia. A kultowym posiłkiem, który zrobił furorę na twitterze była… kanapka z serem. Taki prowiant zagwarantował uczestnikom organizator. A obiecywali najlepszych kucharzy świata!

Marketingowe dzieło sztuki

Ten festiwal można nazwać marketingowym cudem i dowodem na to, że wszystkie ładnie opakowane rzeczy można sprzedać. Nie ważne, co kryje się w środku – ludzie i tak kupią wizję idealnego życia. A tym właśnie było Fyre. Jednak warto dodać, że agencja, która zajmowała się promocją wydarzenia nie wiedziała, na co się pisze. Oni naprawdę myśleli, że to, co sprzedają, tak będzie wyglądać. Wykonywali jedynie swoją pracę. Co stało się dalej? Wszyscy wiedzą.

Festiwal stał się głównym powodem żartów w internecie, telewizji i powstało na jego temat wiele memów. Ludzie śmiali się „kto normalny byłby w stanie zapłacić taką kasę za występ kilku artystów”, padały też zgryźliwe komentarze dotyczące tego, że większość osób nie ma co robić z pieniędzmi. Jednak trzeba im przyznać – to, jak wypromowano taką porażkę wymaga pochwały. Jakkolwiek źle to nie brzmi.

Czy Fyre mogłoby się udać?

Na to pytanie nie jesteśmy w stanie w pełni odpowiedzieć. Przy mniejszej ilości osób – jak najbardziej. Ale czy w tej lokalizacji? Może, gdyby budżet został zagospodarowany w inny sposób. Tutaj jednak pojawiło się bezmyślne wydawanie pieniędzy. Albo po prostu świadomy przekręt. Chociaż wydawałoby się, że nie do końca, bo McFarland był przerażony i zmieszany sytuacją. Jeżeli faktycznie chcemy zrobić luksusowy festiwal, pozwólmy, aby naprawdę był luksusowy. Upychanie kilku tysięcy osób na małej wyspie z luksusem nie ma nic wspólnego.

Czy możemy więc wyciągnąć jakieś mądre wnioski i wynieść morał z tej historyjki?
  • Warto mierzyć siły na zamiary. Dobrze mieć wizję, ale trzeba sto razy ją przemyśleć. Sama chęć stworzenia luksusowego festiwalu nie wystarczy. Trzeba dobrze zaplanować budżet i logistykę.
  • Jeśli mamy ochotę zrobić event w wymyślnej lokalizacji, to warto oszacować całą logistykę. Bez tego nawet najlepszy pomysł może okazać się porażką. Jak w przypadku teoretycznie pięknej wyspy, która na czas festiwalu okazała się wyspą śmierci.
  • Warto dostosować marketing do ostatecznej wersji projektu. Moment, w którym uczestnicy widzą rzeczywistość i porównują ją do zdjęć z folderów reklamowych jest czymś strasznym. I od razy spisuje organizatora na straty, bo uczestnik czuje się oszukany.
  • Logicznie planujmy budżet.
  • Załóżmy sytuacje kryzysowe. O tym pisaliśmy już nie raz!
  • W przypadku takim jak Fyre, lepiej jest odwołać wydarzenie i oddać pieniądze, niż zmierzyć się z tak ogromną porażką. Dodajmy tutaj fakt, że McFarland skończył w więzieniu, za oszustwo. Trafił tam na 6 lat!
  • Uważajmy, co produkujemy i z kim wchodzimy we współpracę. Choć na naszym rodzimym rynku nikt raczej nie rzuci się na zorganizowanie wielkiego, instagramowego festiwalu na wyspie, to jednak uważnie patrzmy na to, kim jest osoba, z którą mamy pracować. I jakie ma podejście do kwestii… prawnych.

Zainteresowanych tematem zapraszamy do obejrzenia „FYRE: Najlepsza impreza, która nigdy się nie zdarzyła” na Netflixie, skąd zaczerpnęliśmy inspiracji do tego tekstu!