„Iluzja to sztuka” – rozmowa z Tomaszem Juszą

Jest na scenie od 18 lat i jak twierdzi – urodził się do tego, by być iluzjonistą. Występował w programie Mam Talent i porwał tłumy wychodząc ze studia z potrójnym „tak” od jurorów. Iluzjonista Tomasz Jusza czaruje na scenie i opowiada o swojej pracy na eventach.

Od zawsze zastanawiałam się, jak to jest z tą iluzją. Kiedy ktoś mówił mi o magii, do mojej głowy przychodziły dwie myśli  – świat z Harry’ego Pottera albo magik, który na kameralnym przyjęciu wyciąga królika z kapelusza i pokazuje ludziom sztuczki z kartami. Z drugiej strony nie da się zapomnieć też szału na wielkiego iluzjonistę Davida Copperfielda i jego wielkiego show emitowanego w telewizji.

Oglądałam po kilka razy, jak iluzjonista z gracją przecinał asystentki na pół, sprawiał, że ludzie znikają lub robił inne, niesamowite rzeczy. Był i jest ogromnym artystą. Dlatego rozmawiałam z polskim iluzjonistą Tomaszem Juszą, aby dowiedzieć się, jak to jest naprawdę. Iluzja jest przaśną, cyrkową rozrywką, czy może potrafi być wielką sztuką, która porywa tłumy? Zobaczcie, jak Tomasz Jusza odczarował postrzeganie iluzji przez tysiące osób w naszym kraju.

Skąd wzięło się u ciebie zainteresowanie iluzją?

Nie mam żadnej historii typu zestaw magika od dziadka, czy sytuacja, która nagle zafascynowała mnie iluzją. Chyba się z tym urodziłem, bo zawsze mi się to podobało, choć w dzieciństwie nie bardzo wiedziałem, jak się za to zabrać. Takim przełomowym momentem był dla mnie dostęp do internetu.

Czy internet dał ci inspiracje?

Przede wszystkim dał kontakty. Zwłaszcza z jednym chłopakiem, który był już wkręcony w iluzję i to on pokazał mi pierwsze kroki i sklepy zagraniczne, w których były filmy prezentujące efekty. Tak też nauczyłem się pierwszych sztuczek. Po 100-200 razy oglądałem reklamy filmów z efektami, żeby rozgryźć ten sekret.  W końcu się udało! Poza tym dzięki internetowi mogłem nawiązywać kontakty, odwiedzać sklepy, czytać artykuły, oglądać filmiki. Dzięki temu wiedziałem, jak się rozwijać.

Rozumiem przez to, że jesteś samoukiem.

No tak. Jeśli ktoś myśli, że w Polsce jest 20 szkół, w których można nauczyć się sztuczek, to się myli. Samemu trzeba odkrywać nowe horyzonty. I wiadomo – czasem pójdzie się w dobrą stronę, czasem w złą. Chociaż dzisiaj już jest prościej. Mamy mnóstwo grup na Facebooku i młodzież także jest odważniejsza. Bez krępacji pyta starszych ile, biorą za pokazy. Kiedy ja zaczynałem, miałem wtedy kilkanaście lat. To było dobre 18 lat temu, wtedy człowiek inaczej do tego podchodził. Czekało się, aż gdzieś się pojawią informację od kogoś bardziej doświadczonego. Dlatego wszystko trzeba  było samemu składać w całość i uczyć się na błędach.

Doprowadziłeś do momentu, że występujesz na eventach. Miałeś nawet taki epizod podczas wydarzenia, że prezenterka pojawiła się na scenie właśnie dzięki tobie. Jak tego dokonałeś? Myślisz, że w Polsce takich performance’ów na imprezach mogłoby być więcej?

To była ciekawa historia. Agencja, która organizowała sylwestra w hotelu dr Ireny Eris sama zapytała mnie o taki nietypowy pomysł i także o to, kto z celebrytów mógłby poprowadzić tą imprezę. Zaproponowałem Kasię Skrzynecką, ponieważ występowała z jednym iluzjonistą w latach 90 w innym programie. Pomyślałem, że ona zdążyła już polubić iluzje, zobaczyła z czym to się je, jakich wymaga prób itd. Kasia zgodziła się wystąpić na tej imprezie. Pomyślałem wtedy, że ją wyczaruję. I to była nietypowa sytuacja, ponieważ VIP-y to nie są moi regularni asystenci, którzy mogą się zgiąć w każdą stronę, wymęczyć na treningach i wcisnąć w jakieś ciasne miejsce. A podczas takiego występu sytuacja wygląda tak, że osoba ma 10 minut i od razu musi wiedzieć, co powinna robić.

Poza tym musi czuć się komfortowo w tej skrzyni, która pojawi się na scenie. Pierwszym etapem był wybór metody wyczarowania. A ja znając Kasię, wiedząc, że jest kobietą i będzie w balowej sukni stwierdziłem, że muszę zadbać o jej komfort. Dlatego zbudowałem samodzielnie rekwizyt, który sprawił, że została wyczarowana w pozycji stojącej. Śmiesznym akcentem było to, że musiałem zakomunikować Kasi, w jakich powinna być butach, ubraniu, fryzurze, żeby po prostu się tam zmieściła. Wiec miałem wpływ na takie rzeczy, jak kreacja.

Udało się zaskoczyć publiczność i wywołać efekt „wow”. Cieszę się, że na eventach pojawiają się takie nietypowe pomysły. Niejednemu klientowi proponowałem wyczarowanie szefa firmy albo prowadzącego, ale dużo osób się tego boi, to chyba taka polska nieśmiałość. Większość też osób nie potrafi sobie tego wyobrazić, jak można tego dokonać, aby nie było to śmieszne i tandetne. Niestety pokutuje takie myślenie o iluzjonistach.

Mam taki przykład może niekoniecznie z szefem firmy, ale akurat z samochodem. Jest taka słynna premiera Fiata 500, na której magik Dynamo wyczarował ten samochód. To jest coś kompletnie nowego, innego. I publiczność odebrała to pozytywnie. Czy w naszym kraju dałoby radę pójść w tą stronę?

Myślę, że to jest realne. Mamy takiego polskiego Copperfielda, nazywa się Maciek Pol, on kiedyś wyczarował nowy model Citroena. Co prawda zrobione to było inną techniką, bo w tych czasach to chyba tylko NASA miała hologramy. Wydaje mi się, że w Polsce problem jest z pieniędzmi. Co prawda pokazy poszły do przodu, video mapping, hologramy pojawiają się coraz częściej na eventach, więc na pewno koszty tego spadły. Jest też wiele jest fajnych case’ów tego typu z całego świata, gdzie dealerzy samochodowi mają takie pokazy. Wydaje mi się, że Polska mocno nie docenia sztuki iluzji w tym zakresie. A przecież hit kinowy „Iluzja” zrobił ogromną furorę również w Polsce, więc czemu by nie wykorzystywać mechanizmów zaprezentowanych w filmie na eventach.

Budżety w Polsce faktycznie mogą być mniejsze, niż zagraniczne, to oczywiste, ale czy uważasz, że magia w naszym kraju ma jednak trochę niewykorzystany potencjał?  Postrzega się ją trochę jak takie „sztuczki-magiczki”, a nie tą magię, którą widzieliśmy w telewizji, gdzie David Copperfield potrafił zrobić takie show, że każdy był nim dosłownie oczarowany! W czym jest problem u nas – w mentalności, czy w postrzeganiu tej magii?

Myślę, że w pozycji, którą iluzja zajmuje na tle innych rozrywek. Za granicą jest naprawdę równorzędną formą do innych sztuk, atrakcji. Nawet w Polsce tak, jak mówisz był kiedyś szał na magię właśnie Copperfielda, jednak szybko to zgasło, choć te show przyciągały tłumy ludzi. Dziś mamy tyle możliwości i eventy bardzo się rozwinęły, więc tym bardziej powinniśmy to wykorzystywać.

Właśnie, jest postrzegana jako sztuka. A sztukę trzeba wspierać, promować i rozwijać!

Dokładnie. A w Polsce jest w hierarchii niestety jako rzecz albo cyrkowa, albo dla dzieci. Te stereotypy cały czas istnieją. Chociaż to się zmienia dzięki temu, że wielu chłopaków robi dobrą robotę i pojawia się na imprezach firmowych. Powolutku ludzie przekonują się do tego, że to może być spektakularnie. Natomiast jeśli chodzi o takie naprawdę duże realizacje, to myślę, że każdy czeka na kogoś kto będzie pierwszy. Po prostu ktoś pierwszy musi się w końcu zdecydować na iluzjonistę, zapłacić niemałe pieniądze – bo to nie jest tak, ze iluzjonista zgarnie taką dużą pulę. Tylko np. wyczarowanie samochodu jest ogromnym przedsięwzięciem logistycznym – potrzebni są specjaliści od oświetlenia i nagłośnienia, odpowiednia sala, liczba prób, specjalne rekwizyty i efekty specjalne.

Jest naprawdę wielu zagranicznych twórców, który swoim show potrafią szokować publiczność i wywoływać wiele emocji. Ehrlich Brothers na przykład wyróżniają się bardzo nowatorskim podejściem i wykorzystaniem wielu technik multimedialnych, wplecionych w standardowe patenty magiczne. Ich scenografia i rekwizyty są jasne, wysublimowane, designerskie.

My na eventach korzystamy w tych czasach z hologramów, mappingów – technologia tak poszła do przodu, że stało się to coraz bardziej popularne i tańsze. Pytanie – czy można to połączyć z magikiem?

To jest dość trudne pytanie wbrew pozorom. Bo istotą iluzji jest to, żeby przekonać ludzi, że widzą coś teoretycznie normalnego, kiedy dzieje się coś niezwykłego. Natomiast w momencie, gdy gasimy światło, zapalamy hologramy – wszystko się może zdarzyć. I bardzo ciężko będzie uzyskać efekt magiczności, choćby dlatego, ze będzie ciemno. A każdy jak jest ciemno, to zaczyna podejrzewać, że ten magik ma ukryte linki i inne gadżety w rękawach. Natomiast wykorzystanie tej technologii i iluzjonisty zdecydowanie robi show.

Czy ludzie mogą czuć się wtedy oszukani?

Mogą nie czuć, że oglądają pokaz iluzji, tylko jakiś visual performance. Bo mapping czy pokaz świateł nie jest stricte iluzją. Jeżeli np. ja mam puste dłonie i nagle w tych dłoniach pojawią się kluczyki do samochodu, to ok, to jest sztuczka. A jeśli stoję na ciemnej scenie, pojawiają się obrazy świetlne i nagle mam coś w rękach, to dla ludzi to jest „no dobra, okej, było ciemno, nie widzieliśmy”. Oczywiście wyczarowanie przez Dynamo tego samochodu jest fantastyczne, natomiast jest to droga realizacja. Wydaje mi się ze w mniejszej skali trzeba pokombinować, żeby nie zepsuć poczucia, że to jest iluzja. Ludzie tracą odczucie, ze to mogło być coś niemożliwego, tylko zrzucają wszystko na technologię.

Jest takie powiedzenie, że każda wysoce zaawansowana technologia jest nie do odróżnienia od magii. Jednak na żywo to działa w drugą stronę. Kiedy ludzie widzą dużo różnych systemów i efektów komputerowych na scenie, to całość sekretu zrzucą na technologie. Fajność artysty wtedy zginie. A dzisiaj wszystko idzie w kierunku takiego uproszczenia. To jak z kabaretami – dawniej kabarety miały kostiumy, stroje, orkiestrę czy zespół. A teraz wychodzi chłopak w trampkach, stand-uper i to on najbardziej rozwala publiczność. Nie wykorzystuje żadnych gadżetów, strojów, muzyki. Po prostu wychodzi, gada i rozśmiesza ludzi.

Ale czy uważasz, że stosując takie uproszczenie można zamiast tych wszystkich hologramów i technologii postawić na scenie takiego iluzjonistę, który zrobi ten efekt „wow” dla publiczności? Właśnie on, a nie komputery.

Zdecydowanie i to coraz częściej się na imprezach zdarza. Ja sam w ciągu roku mam około 120-130 pokazów i większość z nich to imprezy dla firm i korporacji, dlatego jak najbardziej. Co kilka dni staję przed takim wyzwaniem, że jestem sam na scenie. Nie mam żadnej zaawansowanej technologii i muszę tych ludzi przez 30 minut jakoś zająć, zabawić i idzie mi to całkiem dobrze. Więc tak, to jest możliwe.

Występujesz głównie na scenie, czy w twoim repertuarze znajduje się też mikroiluzja? Na evencie ważne jest to, aby ci ludzie coś przeżyli. Twoja widownia angażuje się i przeżywa to, co robisz? Wychodzisz do tych ludzi?

Tak, jak najbardziej. Oczywiście i zazwyczaj mikroiluzja trwa kilka razy dłużej, niż pokaz na scenie. Ten sceniczny show służy głównie temu, aby pokazać się ludziom. Kim ja jestem, zaprezentować swój charakter, sprawić, by zapamiętali twarz. Po występie robię jeszcze mikroiluzję, która trwa godzinę, dwie i wtedy nie mam problemów z podchodzeniem do stolików. Ponieważ ludzie już wiedzą, że jestem tym iluzjonistą, który będzie chodził między ludźmi i czarował w ich dłoniach. Oni sami na to czekają, machają, żeby do nich podejść. Mikroiluzja to świetny kontakt bliski z iluzją. Nie ukrywam ze dzięki temu odczucia są jeszcze mocniejsze, niż te z pokazu scenicznego. Choć słowo sceniczny to za dużo, tutaj wpasowuje się hasło stand-up, dość modne ostatnio.

Mówisz, że często występujesz na spotkaniach biznesowych. Jak na to, co robisz reagują ludzie pod krawatem?

Można się zdziwić, bo z niektórych tak naprawdę wychodzi taki mały chłopiec czy dziewczynka, która bawi się fantastycznie, jakby oglądała prawdziwą magię. To, co ja robię to jest iluzja, a nie magia, ale często widzę taki wielki uśmiech na twarzy tej osoby, tak, jakby zobaczył prawdziwego czarodzieja. I to jest świetne. Zwłaszcza, że ludzie na wysokich stanowiskach, często majętni mają ochotę wejść w ten mój świat, dają mi się nabrać, bawią się ze mną tą iluzją. Ludzie są różni – jedni bardzo pozytywnie reagują, inni obejrzą z grzeczności.

Są też osoby, które trzeba mocno przekonywać, że ja nie chcę ich oszukać, tylko jestem dla ich rozrywki. Czyli trochę te pierwsze lody przełamać. Występuję kilkanaście lat i naprawdę nie przypominam sobie takiej sytuacji, żeby ktoś w jakiś wrogi sposób mnie potraktował. Większość osób reaguje pozytywnie, wołają innych do stolika, mają też jakieś swoje pomysły. Oczywiście pojawiają się też teksty „może pan sprawić, żeby moja żona/teściowa zniknęła”. To jest już norma, albo kolejny klasyk – żeby wódkę wyczarować – to już przy każdym stoliku słyszę! Ale to tylko pokazuje, że udało mi się ludzi wciągnąć w zabawę.

Dlaczego agencje i firmy zatrudniające iluzjonistę traktują go trochę z przymrużeniem oka? Mam wrażenie, że ten magik jest postrzegany przez organizatorów jako dodatek do eventu, a nie ktoś, kto ma wywołać duży efekt „wow”  Dlaczego ludzie mają takie podejście? Czy jest tak tylko w Polsce, czy gdzieś jest zaszczepiony, tak jak rozmawialiśmy ten stereotyp o iluzjonistach?

Myślę, że to jest dalej konsekwencja tego stereotypu. Aczkolwiek zobacz też, że Polacy są takim ostrożnym narodem w wielu kwestiach. I są mocno uczuleni na jakieś cwaniactwo czy cinkciarstwo. Widzą to tak, że przychodzi do ciebie człowiek, który utrzymuje się z tego, że oszukuje innych. Oczywiście w artystyczny sposób oszukuje, ale dla wielu to nawet nie jest „poważna praca”. Poza tym dochodzi jeszcze to, że iluzja nie zajmuje równorzędnego miejsca z innymi formami sztuki i nie jest postrzegana jako sztuka. To coś, co mnie trochę smuci, ale także jest dla mnie wyzwaniem. Bo wiem, że robiąc dobrą robotę zwalczam ten stereotyp.

Ale zobacz – jak ktoś wyjdzie na scenę i zaśpiewa, lepiej, gorzej, nie ważne. To on dla ludzi jest artystą, bo robi muzykę, ma talent. A jak ja wychodzę na scenę, to dla ludzi jestem człowiekiem, który ma jakieś tam fajne, dziwne zajawki, stara się ich nabrać i tyle. Ludzie nie dostrzegają w tym sztuki. Kilku event managerów przyznało mi się, że jeszcze nigdy nie korzystali z usług iluzjonistów, bo nie kojarzy im się z czymś premium. To tylko pokazuje, jak wiele jest do zmiany w tym temacie. Bo wiadomo – każdy sięga po rozwiązania, które zna. Z których mógł kiedyś skorzystać. Ale może powinni zacząć otwierać się na nowe rzeczy?

Jakie rady we współpracy z iluzjonistą dałbyś osobie, która zajmuje się organizacją eventów? Jak powinni się zachowywać, jakie atrakcje wymyślać, żeby to przestało być postrzegane tak stereotypowo?

Przede wszystkim ważna jest rozmowa i dość dokładne informacje. Wyzwanie w pracy z agencjami jest często takie, że same agencje albo nie wiedzą, albo nie chcą zdradzić szczegółów imprezy. Dlatego ja dla bezpieczeństwa czasami wysyłam ofertę dość ogólną, sam nie wiedząc, jakie będę miał warunki. To nawet często kwestia pytania, ile będzie osób, jaka będzie scena – i takich informacji nie ma. Bo np. impreza jest na bardzo wstępnym etapie przygotowania i sama agencja nie ma jeszcze takich informacji. Więc ja chętnie bym wysłał czy zaproponował jakąś bardziej dedykowaną ofertę, ale nie wiem, z czym to się będzie wiązać. Mogę zaproponować wyczarowanie VIP-a, ale okaże się, że impreza jest dla 30 osób w małym, ciasnym lokalu, gdzie mój rekwizyt nawet do drzwi się nie zmieści. To jest kwestia rozmowy i przekazania jak największej ilości informacji. Często ich brakuje, może niekoniecznie z winy agencji, ale też sam klient jeszcze wszystkiego nie podał.

Czy masz jakieś uwagi do osób organizujących te imprezy odnośnie współpracy z iluzjonistą? Jak to wygląda – organizatorzy współtworzą z nim projekt, czy zatrudniają na zasadzie „przyjdź, wystąp i tyle”?

Miałem w październiku zeszłego roku fajna realizacje dla linii lotniczych Swiss Airlines, gdzie otwierano nowe połączenie. Ja tam byłem zatrudniony nie przez agencję, a bezpośrednio przez port lotniczy we Wrocławiu, który był matczynym portem tej linii w Polsce. Agencja bardzo fajnie zaangażowała się w to i przesłała mi różne materiały, grafiki, którymi mogłem obrandować swoje rekwizyty. Wspólnie ustalaliśmy zapowiedź – ja zaproponowałem, żeby impreza została otwarta nie przez konferansjera, a takim komunikatem z dworca czy lotniska. Były dwie stewardessy, które do słów mówionych przez lektora pokazywały rzeczy, które często pokazują w samolotach. Ile jest wyjść, gdzie są kamizelki itd. Wymyśliłem to wspólnie z agencja.

I to był jeden z niewielu przykładów, gdzie ja i organizator byliśmy w kontakcie przez parę miesięcy i coś fajnego w tym czasie powstawało. Również przygotowywałem taki specjalny efekt z lewitacją asystentki z racji tego, że to linie lotnicze, więc latanie jak najbardziej było na miejscu. Niestety to jest rzadkość. Często pojawia się lakoniczne pytanie „prosimy o ofertę”, impreza odbędzie się wtedy i wtedy, w danym mieście, występ 15 – 30 minut i tyle.

Czyli podejście powinno być bardziej nastawione na współpracę. Tak jak tu w przypadku linii.

Tak, byłoby super gdyby agencje eventowe same wpadły na pomysł albo uwierzyły w ideę iluzjonisty i chciały przygotować wyczarowanie nowego produktu, promocję loga, wykorzystanie barw firmowych w jakiś nietypowy sposób. Bo naprawdę efektów iluzji są tysiące i każdy można na inny sposób modyfikować. Więc naprawdę to jest ogromne pole do popisu i wiele różnych produktów można wyczarować, sprawić, że znikną, nawet z człowiekiem, z prezesem czy konferansjerem. Jednak to wymaga zaufania i współpracy.

Z tego, co mówisz – każdy produkt można sprzedać poprzez iluzję.

Tak, różnorodność iluzji jest spora, jednak nieodkryta. Trochę z naszej winy. Ale potencjał iluzji jest ogromny. Bo zaśpiewanie o jakimś produkcie czy pokazanie go na ledach, diodach czy hologramie jest kwestią technologii. A tak naprawdę dalej to będzie wizualny obraz, jakaś muzyczka. I to wszystko jest takie samo. Natomiast zrobienie efektu z produktem, powiedzmy ze smartfonem  pokazuje, że rzecz niby zwykła, którą każdy zna można w kompletnie inny sposób pokazać. Wszyscy wiedzą, że telefon się przykłada do ucha i przez niego rozmawia, gra w gierki. A tu nagle przyjdzie iluzjonista, który sprawi, że ten telefon zacznie latać! Albo go przepołowi, a potem złoży w całość, czy wyciągnie z niego wizytówkę prezesa. Iluzja sprawia, że produkt tej firmy nabiera zupełnie innego wymiaru. Ludzie zapamiętają show i będą o nim pamiętać. A nie to, że po raz kolejny byli na prezentacji telefonu i widzieli kolejny model kolejnej marki przedstawiony na ekranie ledowym.

Często np. zdarzały się takie eventy, kiedy podchodziłem do kogoś i wyciągałem mu zza ucha produkt firmowy, który miał np. formę giftu. Wręczałem mu tą rzecz i zapraszałem do stoiska. W listopadzie dla Citi Banku Handlowego czarowałem i robiłem sztuczki z pieniędzmi. Następnie zapraszałem ludzi do stanowiska, gdzie ludzie przedstawiali oferty. Takich realizacji miałem już  kilka, ale jak mówię – to wszystko idzie ze strony firmy! Więc jeśli pojawia się wykorzystanie iluzji do promocji produktu, to właśnie na targach.

Jeśli tak, to jak myślisz – czy iluzjoniści zaczną popychać branżę eventową do przodu?

Mam taką nadzieję, bo iluzja tak naprawdę i tak dostała ostatnio takiego kopa dzięki programom w telewizji czy kanałom na youtubie. I tak się to już dość mocno otwiera i ludzie mają tego świadomość, zaczynają z tą iluzją mieć coraz większy kontakt. Widzę to po sobie, bo nie raz już tak miałem, że robiłem swój pokaz i ktoś mi mówi, że widział już tego czy tamtego magika, wymienia ich nazwiska. Więc musiało to być całkiem niedawno, skoro ich zapamiętał. Niejeden klient pokazywał mi po pokazie jakieś zdjęcie lub filmik z innym iluzjonistą. Także już coraz częściej ludzie mają kontakt. Oczywiście narzuca to konieczność rozwoju i wprowadzania nowości, aby ludziom nie przejadły się w koło te same efekty. Jeszcze kilka lat temu jak się dla kogoś występowalo, to można było w ciemno strzelać, że ktoś widzi iluzję po raz pierwszy. Dzisiaj już tak nie jest.

Czyli tak jak w każdym innym zawodzie trzeba być kreatywnym, rozwijać się i wymyślać cały czas nowe rzeczy, aby zaimponować tej publiczności.

Tak, to też sprawia, że iluzja jest tak trudną formą. Bo jak jest impreza, to wszyscy tylko czekają na hity taneczne. I ludzie mogę pięć razy tańczyć do tego samego na imprezie i się cieszą. A jak człowiek widzi drugi raz magiczny efekt, to już nie jest dla niego aż tak atrakcyjny, bo wie, co się będzie działo, jaki będzie finał. Nie będzie zaskoczenia.

Poprosił cię ktoś kiedyś o to, abyś ujawnił swoje triki?

Często i nawet czasami ktoś przychodzi i prosi, bo np. dla syna chce się nauczyć takiej jednej sztuczki. Mam jeden efekt, którego uczę na pokazach, jeśli widz chce. I zdziwiłabyś się, bo naprawdę  wysoko postawione osoby, czy prezesi pragną, żeby im coś zdradzić, bo oni w domu pokażą i „zabłysną”. Oczywiście to jest tylko jeden efekt. Tych najlepszych, choćby ktoś chodził za mną i prosił, nikomu nie zdradzę. Bo cała zabawa polega na tym, że ludzie nie wiedzą, jak to działa.

Tomasz, dziękuję ci bardzo za rozmowę i życzę wielu sukcesów oraz tego, aby branża eventowa jeszcze bardziej otworzyła się na iluzjonistów!

Również dziękuję za rozmowę!

 

Zobacz stronę internetową Tomasza Juszy.

Share